„Zawsze patrzę, czy ktoś od Was nie jedzie…”

list Andzi 14.4.46

                      Trochę niechronologicznie, bo jeszcze parę rzeczy jest z czasu tuż, tuż po wojnie, ale muszę teraz napisać o liście z kwietnia 1946 roku. To ten list, z którego dowiedziałam się nieco o tym, jak wyglądał powrót dziadków do Trzebini. Nie wiem, czemu zamiast być u adresata, a raczej adresatów, został w domu. Może Andzia go po prostu nie wysłała, a może został zwrócony po latach, być może po śmierci Andzi jako cenna pamiątka rodzinna i świadectwo czasów?
Adresatami są najprawdopodobniej Muchowie z Czeskiego Cieszyna, o których pisałam wcześniej. To Nela Mucha po śmierci mojej Babusi Andzi pisała do Olka o jej ostatniej woli związanej z podarowaniem mi przypadającej jej części domu… Być może i ten list wrócił wówczas do Trzebini?

W Niedzielę Palmową, 14 kwietnia 1946 roku, czterdziestoośmioletnia wówczas Andzia pisała tak:
                                           „Kochani!                            Trzebinia 14.4.46
       Na wstępie proszę wybaczyć, że tak długo kazałam czekać na odpowiedź, ale teraz to jest trudno zdobyć chwilę spokojną, by skupić myśli. Naprawdę ucieszyłam się bardzo, że otrzymałam nareszcie od Was wiadomości. Stale myślałam o Was, co Wami, czy wróciliście szczęśliwie, a najwięcej myślałam o p. Neli co też z nią się stało. Przypadkiem spotkałam kobietę z waszego transportu i pytałam się o pannę N. i powiedziała, że już jest w domu. W ten czas się uspokoiłam. Myśmy powrócili 14 maja 45 r. Nawet powrót był szczęśliwy. Wyjechaliśmy 3 maja, dostaliśmy konia od rusków, wóz po niemcach i jechaliśmy aż do Miszinbergu, tam ruscy nas załadowali do pociągu, a konia i wóz sobie wzięli. Do Poznania przyjechaliśmy bezpośrednio, a potem, pożal się Boże, co kawałek przeładowywanie bagaży, a mieliśmy ich sporo. Prawie sama żywność, bo ta niemka cośmy u niej byli, podzieliła się we wszystkim t.z. to, cośmy jej uratowali. 
Dzięki Bogu pięć miesięcy mieliśmy co jeść, a żeby nie Opatrzność Boska, to nie wiem, co z nami by się stało, przecież chyba dobrze by nam głód zajrzał w oczy. Bo dziś już rok dobiega końca, jeszcze nikt nie spytał się z czego my żyjemy, jednego złotego nam nie podał. Jak nam się wszystko kończyło, mąż choć czuł się słaby, pojechał do Wrocławia by coś zarobić, ledwie domęczył do Bożego N. i na nowo chory, prawie stale leży, a tu żyć trzeba. Ogromnie się przejmuję, co dalej będzie. Jaśka dorasta, w tym miesiącu kończy 16 lat. Olek skończył już 11 lat. Chciałam Jaśkę gdzie posłać do szkoły. Nie mogę sobie pozwolić, bo z tego się żyje, co się sprzeda.
Żebym dostała jaką pożyczkę, otworzyłabym sklep, choć z niedużym kapitałem. Ale wpierw muszę zaszklić szyby, bo nie ma ani jednej, a urządzenie muszę pożyczyć – moje wszystko zabrali, trzeba się starać o obce. Meble już dostałam, a własne częściowo odnajduję, tylko ludzie nie chcą oddać, tak że trzeba się sądzić. Przydziałów żywnościowych nie dają wszystkim, tylko pracującym. Dopiero dali za luty. Na jednego pracującego dają 4 chleby 2 kg, a na rodzinę raz na cały miesiąc. Na waszej stronie trochę lepiej dbają, jak u nas. P. Zielonkowa też tak zabiega, jak może. Te rzeczy, które zostawiłam w Boguminie, wszystkim się podzielili ludzie, a najwięcej zaś prowadził p. Duda, na harmonii grał po całym lagrze, potem harmonię zabrał p. Cyja w tym celu, że gdy się upomnimy to odda. Mąż był u niego, to powiedział, że nieprawda, ale drobiazgi, które zostały po Was i fotografie też Cyja zabrał. Może się pani upomnąć, on mieszka koło Czerwińskich. 
Autobus z Cieszyna co dzień chodzi koło naszego domu do Krakowa. Zawsze patrzę, czy ktoś od Was nie jedzie. P. Muchowa prosi o adres p. Kulej, niestety nie mam. O ile będę miała sposobność dostać, to się postaram również i do Władzi, już się pytałam kilku dziewczynek, ale nie wiedzą. Wspomina Pani, że będąc we Frysztacie nie wstąpiłam do Was, bardzo Panią przepraszam, na pewno bym wstąpiła, jakbym wiedziała gdzie, przez (….) się zapytać p. Władka. „

List jest jakby niedokończony,  urwany róg sprawia, że ostatniego zdania częściowo się tylko domyślam, brakuje też podpisu. Ten brak podpisu przemawia chyba jednak za tym, że Andzia listu nie wysłała. Może potraktowała to jako brudnopis? A może coś sprawiło, że zrezygnowała z tego pomysłu…
Przepisując z oryginału treść listu zdałam sobie sprawę, że koń, którym pisałam poprzednio nie był od tej Niemki, u której dziadkowie przebywali w ostatnich dniach wojny, tylko od „ruskich” – którzy zresztą i tak go bardzo szybko odebrali, „dobierając” sobie do tego wóz – po Niemcach. Jaka szkoda, że nie dopytałam Mamy o pobyt u tej Niemki. Z dzieciństwa pamiętam tylko, że Ismena i podstawka-pozytywka pod choinkę były od niej. A może się mylę? Może lalka została przywieziona przez dziadka z Breslau, gdzie „kiedy się skończyło jedzenie” zatrudnił się jako kierowca na linii autobusowej Wrocław-Kraków? Breslau było wówczas prawdziwym eldorado, gdzie można się było obłowić w przeróżne, nierzadko bardzo cenne rzeczy, które tamtejsi mieszkańcy – Niemcy – sprzedawali na bazarach za bezcen, żeby mieć za co kupić jedzenie. Było to też miejsce, gdzie działało mnóstwo szabrowników, całych band, które „organizowały” się na wyjazd do tego miasta w konkretnym celu. A ponieważ ci Niemcy to były kobiety, dzieci i starcy, bo mężczyźni albo polegli na froncie, albo trafili do łagrów, nie stanowili oni żadnej przeszkody w bezprawnym zagrabianiu ich mienia. Była to potworna zbrodnia, niewiele różniąca się od tego, co Niemcy zrobili innym narodom. Świetnie opisał to Jacek Inglot w swojej książce „Wypędzony”. Zanim do niej dotarłam, nie miałam pojęcia, że ten proceder miał aż taką skalę. Wcześniej o tych bazarach na tzw. ziemiach odzyskanych czytałam u Andy Rottenberg w „Proszę bardzo”, ale dopiero „Wypędzony” uświadomił mi, jak okrutnie zostali potraktowani rdzenni mieszkańcy ziem zachodnich przez Polaków (Sowietów oczywiście też, ale oni wszędzie rabowali), którym nagle wmówiono, że to „odwiecznie polskie ziemie”. A przecież tylko przez stosunkowo krótki okres to miasto było „nasze”.
Inglot pisze m.in., że handel kwitł głównie na Matthiasstrasse, a przecież to wrocławski adres Julka! Może dziadek właśnie wtedy odszukał dom, w którym jego syn mieszkał u Frau Geide i może dzięki temu listy od Maśki i Haneczki i te inne dokumenty znalazły się u nas w domu? Może Frau Geide była jedną z tych kobiet, które żyły tam wówczas w ciągłym strachu przed sowiecką swołoczą z jednej, a Polakami ograbiającymi ze wszystkiego z drugiej strony i wymierzającymi w ten sposób sprawiedliwość dziejową.

Andzia pisze w liście, że wozem zaprzężonym w konia dojechali zaledwie do „Miszinbergu”. Domyślam się, że chodzi o miejscowość Münchenberg leżącą w połowie drogi między Berlinem, a granicą z Polską (Oranienburg jest przecież pod Berlinem). Potem podróż pociągiem do Poznania, a stamtąd dalej, jak pisze Andzia, „po kawałku” do Trzebini. Dziesięć dni. Mogłoby się wydawać, że to nie tak długo, ale kiedy przypomnę sobie swoje podróże trwające czasem kilkanaście godzin, w zupełnie komfortowych warunkach i zmęczenie, jakie wtedy odczuwam, to jestem w stanie wyobrazić sobie, jak musieli być wyczerpani. Choć dla Andzi powrót był „nawet szczęśliwy”. Tak, w końcu byli wolni, wracali do domu. I wszyscy razem. W nadziei, że Julek na pewno wkrótce do nich dołączy.
Zdumiewa mnie (a może  nie powinno mnie to zdumiewać) ta pazerność rodaków, którzy  między sobą „podzielili się tym, co zostało w Boguminie” i nie chcieli oddać, choć przecież sami doświadczyli tej wspólnej niedoli pobytu w obozie. I jeszcze ci ludzie, mieszkańcy naszego miasta, którzy nasze meble oddawali dopiero po tym, jak nakazał im to sąd. A przecież widzieli, jak dziadkowie zostali pozbawieni prawie wszystkiego. Napiszę o tym wkrótce.
Andzia martwiła się bardzo, jak to dalej będzie. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że za pół roku umrze jej mąż i zostanie sama z dwójką nastoletnich dzieci, którym nie tylko trzeba zapewnić wikt i opierunek, ale też wykształcenie. W jakiś sposób tęskniła chyba za tymi ludźmi, z którymi spędziła trzy lata w lagrach. Nasz dom stoi przy głównej ulicy. Tą drogą jeździł autobus z Cieszyna do Krakowa, a ona …zawsze patrzyła, czy ktoś z nich nim nie jedzie…

A Władzia, o której wspomina Andzia, to prawdopodobnie Władzia Szymulańska, o której pisałam we wpisie o rodzeństwie Muchów. W połowie lat osiemdziesiątych mieszkała w Tychach i nosiła nazwisko Gzymka. Może żyje do dziś? To całkiem prawdopodobne, bo dziś może mieć około 75 lat.

Andzia nie dostała żadnej pożyczki, żeby mogła otworzyć sklep. Tak naprawdę nie wiem, z czego żyli po śmierci Jana. Prawdopodobnie z wdowiej renty. Potem Andzia znalazła zatrudnienie jako sprzedawczyni w sklepie monopolowym, który został ulokowany w jej własnym domu w miejscu tego wymarzonego, tak krótko funkcjonującego przed wojną „Chrześcijańskiego Sklepu Galanteryjno-Bławatnego”… Tylko, że to już nie było to samo, ani nawet trochę podobnie.

2 myśli na temat “„Zawsze patrzę, czy ktoś od Was nie jedzie…”

  1. I wszystko układa się w całośc…
    Ile krzywdy i okrucieństwa otrzymała Andzia z rodziną od Niemców i „ruskich” mogła wyrazić tylko w posługiwaniu się małą literą wypisując ich nazwy…


    moja silna „żelazna dama”

    BGL

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s